Dylemat położniczy – dlaczego poród boli? Ewolucyjna zagadka człowieka
A wszystko przez to, że zaczęliśmy kombinować jak nasadzić kamień na patyk, żeby się lepiej mordowało mamuta. Zaczęliśmy wymyślać pułapki na dzikie zwierzęta i optymalne sposoby rozpalania ognia. Zapewne gdzieś w środku tego wszystkiego zadając sobie najgorsze pytanie ze wszystkich: czy jestem szczęśliwy?
No ale już się stało. Kamień przymocowany, a mamut skwierczy na ogniu. Konsekwencja tych wszystkich wydarzeń jest nieunikniona i – jak się za chwilę przekonacie – niezmiernie bolesna. Mózg zaczyna rosnąć. Coraz więcej wymyśla, odkrywa i zadaje coraz więcej durnych pytań. W końcu robi się już taki duży, że głowa, którą zamieszkuje, przestaje mieścić się w kanale rodnym.
Nie wiem kiedy zaczęliśmy schodzić na złą drogę: myślę że wtedy, kiedy po prostu zaczęliśmy chodzić. Nasze miednice i kości udowe musiały dostosować się do kompletnie innego wzorca ruchu, by utrzymać ciężar i równowagę. Z biomechanicznego punktu widzenia byłoby najlepiej, żeby kanał rodny był bardzo wąski. Ale jak pogodzić zmniejszającą się jamę miednicy z rosnącym mózgiem?
Czym jest dylemat położniczy?
Rozwiązaniem ewolucji była miednica hmmm… „na styk”, czyli nie za duża, żebyśmy się nie przewracały w tej ładnej sukience, ale też nie za mała, żeby nasze dzieci bezpiecznie przychodziły na świat. To jest właśnie dylemat położniczy i teoria, która bardzo zgrabnie wyjaśnia dlaczego poród boli i dlaczego noworodki nie są rozwinięte na tyle, by poradzić sobie samemu. Potrzebują opieki, elektrycznej niani, monitora oddechu i renomowanego bujaczka z atestem od osteopaty. Wszystko przez to, że gdyby jeszcze chwilę zostały w macicy, byłyby zbyt duże, by przejść przez kanał rodny.
I po co nam były te duże mózgi. Wystarczyło nie zadawać tych durnych pytań. Może wtedy wszystko byłoby łatwiejsze.
Hipoteza metaboliczna – alternatywne wyjaśnienie
Oprócz dylematów mamy jeszcze podejrzenia, rozważania i hipotezy. To w sumie jest całkiem dziwne, że wciąż do końca nie wiadomo co stoi na przeszkodzie, żeby śmiertelność okołoporodowa spadła do zera.
Jednym z bardziej znanych pomysłów jest hipoteza metaboliczna: kobieta rodzi dziecko nie wtedy, kiedy pozwala jeszcze na to wielkość jego głowy, a wtedy, kiedy wydatek energetyczny staje się dla niej zbyt duży.
W pewnym momencie dziecko pasożytuje bardziej niż obrażony nastolatek żądny funduszy na kino i frytki. I to jest ten moment, kiedy organizm matki wywiesza pożegnalną flagę i dość skutecznie pozbywa się intruza: na zewnątrz zapewnienie mu wszystkich potrzebnych składników odżywczych jest łatwiejsze. Z tej perspektywy okres rozwoju płodu musi być ograniczony czasowo dla dobra matki.
Ewolucja porodu – pytania nadal pozostają otwarte
Naukowcy prześcigają się w obalaniu i popieraniu różnych tez. Na końcu jednak całego tego okołoporodowego sporu jest zawsze matka i dziecko, oboje potrzebujący mądrego wsparcia, by umożliwić im bezpieczne przebycie tej drogi.
A statystyki mówią, że jeszcze dużo jest do zrobienia.